Cukrzyca typu 1 i aktywność fizyczna – historia Mariusza

Cukrzyca typu 1 i aktywność fizyczna – historia Mariusza

Czasami żartuję, że choroba jest jak kolejne dziecko, które zawsze będzie dla mnie bardzo ważne, którym trzeba się troskliwie zająć, nakarmić, z którym trzeba iść na spacer i zadbać o odpowiednią aktywność – zaznacza Mariusz Kwietniewski. Nie sposób zaprzeczyć, że jeśli o cukrzycę chodzi, to… surowy z niego rodzic, bo biorąc udział w biegach długodystansowych, nie daje jej wytchnienia i trzyma w ryzach.

Kiedy dowiedziałeś się, że jesteś chory?
Minęło ponad 12 lat od czasu diagnozy. Podczas wizyty u rodziców, którzy oboje są cukrzykami, wspomniałem o pewnych dolegliwościach, m.in. o nadmiernym pragnieniu. Za ich radą zmierzyłem cukier, a wynik był dość niepokojący. Wprawne oko praktyków wyłapało niepozorne symptomy i okazało się, że mieli rację. Ich doświadczenie bardzo się przydało, gdyż w innych okolicznościach, w przypadku kogoś, kto nie zna choroby, pojedyncze symptomy mogłyby zostać zbagatelizowane, bo przecież choćby wspomniane pragnienie odczuwa każdy zdrowy człowiek. Fakt, że choroba została wykryta w bardzo wczesnym stadium sprawił, że nie miałem żadnych powikłań, a leczenie przebiega dość standardowo. Jednocześnie trudno mi jednoznacznie określić przyczynę choroby i stwierdzić, co sprawiło, że dała objawy właśnie w tamtym momencie – bo choć nie bez znaczenia jest w moim przypadku czynnik dziedziczności, to jednak wpływ mógł mieć np. także fakt, że dwa lata wcześniej miałem dość poważnie złamaną nogę, a choroba sprawiła, że sporo schudłem. Potem nadszedł czas licznych zmian – poznałem moją żonę, zacząłem nową pracę i znacznie przytyłem – w pewnym momencie okazało się, że ważę prawie sto kilo, co w porównaniu z wyjściowymi 75 kilogramami było różnicą znaczącą.

Jaka była Twoja pierwsza myśl po diagnozie?
Chyba niezbyt standardowa. Zdaję sobie sprawę, że dla wielu osób jest to doświadczenie, które ich załamuje. W moim przypadku było to większym problemem dla moich bliskich, niż dla mnie. Główną przyczyną było to, że diagnoza zbiegła się z narodzinami mojego syna, a zatem priorytety były zupełnie inne. Bardziej od tego, co dzieje się ze mną, zajmowało mnie to, co dzieje się z moim dzieckiem. To on stał się całym światem. Pojawił się ktoś ważniejszy niż choroba. Chyba właśnie to sprawiło, że podszedłem do niej racjonalnie, zadaniowo, wplatając ją i leczenie jako jeden z wielu punktów w plan na życie, którego fundamentem był mój syn. Etap od diagnozy do rozpoczęcia terapii przeszedł zatem niemal niezauważalnie.

Na czym polega leczenie w Twoim przypadku?
Po leczeniu farmakologicznym przyszedł czas na insulinę, którą przyjmuję w formie zastrzyków. Początkowo leczyłem się w Poznaniu, ale potem, ponieważ, mieszkam w Środzie Wielkopolskiej, rozpocząłem terapię pod okiem tutejszych specjalistów – tych, którzy tworzą tzw. Średzką Szkołę Cukrzycy, działając pod patronatem Stowarzyszenia Średzkich Diabetyków. Szkoła jest już ogólnopolską marką – trafiłem więc na świetnych ekspertów, którym dużo zawdzięczam.

Po latach życia z chorobą, jest dla Ciebie największym wyzwaniem?
Po takim czasie, choć może nie powinienem tak mówić, wkrada się wiele zdrowej, ale jednak rutyny. Wiem, co mam robić i tego się trzymam, nie zastanawiając się nad każdą czynnością. Czasami żartuję, że choroba jest jak kolejne dziecko, które zawsze będzie dla mnie bardzo ważne, którym trzeba się troskliwie zająć, nakarmić, z którym trzeba iść na spacer i zadbać o odpowiednią aktywność…

…która w Twoim przypadku przyjęła formę dość wymagającego hobby...
W sierpniu zeszłego roku minęło 6 lata, od czasu kiedy zacząłem regularnie biegać. Jestem amatorem, ale biegi, w których biorę udział, to poważne przedsięwzięcia – długodystansowe cykliczne wyprawy, czasami naprawdę w trudnych warunkach. Właśnie dlatego, chyba szczególnie na początku tej przygody, pojawiały się obawy dotyczące np. niedocukrzeń. Z czasem jednak, jak w każdej dziedzinie, człowiek nabiera doświadczenia – zacząłem lepiej poznawać siebie, swój organizm i jego reakcje. Z pewnością zatem bieganie wpłynęło na poziom wiedzy o tym, jak jeszcze lepiej zarządzać chorobą, jak wygląda i jak może ona wyglądać w różnych sytuacjach życiowych – dzięki temu coraz mniej mnie zaskakuje, a życie z tak „oswojonym” wrogiem jest łatwiejsze.

Ale czy pomysł na bieganie wynikał właśnie z potrzeby znalezienia sposobu na okiełznanie tego „przeciwnika”?
Nie było to założenie wprost, ale gdzieś podświadomie na pewno chciałem, by tak właśnie było. Myślę tak o tym z perspektywy czasu, bo widzę, jak sport pomógł mi ustabilizować wyniki i wpłynął na moją wagę – licząc od dnia, w którym zacząłem, jest mnie dzisiaj mniej o prawie 20 kilogramów. Nieco na marginesie i przy okazji mojego hobby cukrzyca jest pod większym nadzorem niż, jak sądzę, w przypadku innych chorych, bo bieganie, czyli treningi i starty w zawodach siłą rzeczy wymuszają inne podejście do kontroli. Z drugiej strony, jest to moim zdaniem doskonały sposób na odreagowanie stresu codzienności – szczególnie dla kogoś, kto zawodowo, tak jak ja, zajmując się projektowaniem oświetlenia, spędza sporo czasu za biurkiem i nie ma możliwości podjęcia większej aktywności w godzinach pracy. Bieganie zatem pomaga przerwać nie tylko rutynę dnia codziennego, ale i rutynę kontroli cukrzycy i życia z tą chorobą. Dzięki udziałowi w biegach, liczących przecież dziesiątki kilometrów, inaczej patrzę na siebie – nie chodzi w nich bowiem tylko o wyrobienie kondycji, ale i umiejętność rozplanowania biegu w oparciu o swoje możliwości, a więc o znajomość siebie. Specjaliści od biegów długodystansowych powtarzają – im wolniej zaczniesz, tym szybciej skończysz i jest w tej wskazówce esencja takiego biegu, będącego zadaniem nie tylko dla mięśni, ale i dla mózgu, który musi wiedzieć, na co i w jakim momencie może organizmowi pozwolić – taka autorefleksja zawsze się przyda, szczególnie dla kogoś z cukrzycą, kto takie samoobserwacje musi przecież prowadzić, a nie zawsze ma przy tym tyle radości, ile ma ktoś, dla kogo taka kontrola jest pożytecznym „skutkiem ubocznym” realizowania swojej pasji.

Ale przecież nie od razu zdecydowałeś się na kilkudziesięciokilometrowe wyprawy?
Wszystko zaczęło się oczywiście od biegania rekreacyjnego. Z czasem, początkowe – 3-kilometrowe odcinki przeradzały się w biegi na coraz dłuższych dystansach. Już we wrześniu okazało się, że bez większych problemów udało mi się przebiec 20 kilometrów. Wtedy właśnie, może nierozsądnie, ale jednak dałem się namówić na organizowany co roku w październiku maraton w Poznaniu. Pobiegłem i bieg ten ukończyłem. Choć nie był to spektakularny sukces, przyniósł mi mnóstwo satysfakcji i zwiększył apetyt na kolejne starty.

I zaczęło się na poważnie…
W kwietniu następnego roku odbył się kolejny sprawdzian – tym razem poznański półmaraton. Wziąłem w nim udział razem z kolegą od lat zajmującym się bieganiem terenowym, z którym umówiłem się, że jeśli pobiegnie ze mną, to ja wezmę udział w jednym z jego biegów w górach. Bieg ukończyliśmy bez problemów, więc musiałem wywiązać się z mojej obietnicy (śmiech) i już w czerwcu pobiegłem w bieszczadzkim Biegu Rzeźnika.

I bakcyla na tego typu imprezy złapałeś dosłownie w biegu…
Nie da się ukryć (śmiech). Brałem w nim udział już wielokrotnie, podobnie jak w równie wymagającym Chudym Wawrzyńcu. Kilkakrotnie też biegałem we wspomnianych półmaratonach i maratonach poznańskich. Ważny dla mnie jest również Bieg Nadziei, organizowany ulicami Środy Wielkopolskiej. W większości są to imprezy cykliczne, dlatego mam nadzieję, że już w przyszłym roku będę miał na koncie ich kolejne edycje.

Który z dotychczasowych biegów najbardziej zapadł Ci w pamięć?
Pamiętam szczególnie biegi najdłuższe, górskie – najbardziej wymagające i czasami naprawdę trudne, czyli przede wszystkim Bieg Rzeźnika i Chudego Wawrzyńca. Pierwszy prowadzi z Komańczy do Ustrzyk i liczy 76 kilometrów. Jest o tyle specyficzny, że wymaga udziału w parach, a o sukcesie decyduje wspólne pokonanie trasy i dotarcie do mety. Z mojej perspektywy jest to tym ważniejsze, że będąc diabetykiem na trasie, często z dala od cywilizacji, dobrze mieć obok kogoś, kto w razie potrzeby będzie mógł pomóc. Z kolei 80-kilometrowa trasa Chudego Wawrzyńca prowadzi z Rajczy do Zwardonia – a bieganie po szlakach Beskidu Żywieckiego to wyjątkowe doświadczenie.

Jak tak intensywne bieganie wpływa na praktykę kontroli cukrzycowej?
Każde wyjście na trening, nie mówiąc już o konkretnej imprezie, jest poprzedzone badaniem poziomu cukru, nie tylko z myślą o ewentualnej hipoglikemii, ale i hiperglikemii – wszak intensywny wysiłek fizyczny może czasami doprowadzić i do takiego powikłania. Pomiary wykonuję też w trakcie treningów, weryfikując wyniki. Takie porównania w czasie kiedy stan naszego organizmu ciągle się zmienia, są niezbędne, aby sobie nie zaszkodzić. Oczywiście pierwsze starty czy nawet fakt intensywnego treningu do nich konsultowałem z moim lekarzem. Wyniki jednak zawsze były zadowalające i nigdy nie spotkałem się z przeciwwskazaniami. Teraz więc, oczywiście przy odpowiednich wynikach, odbywa się to już bez konsultacji.

Każdy intensywny bieg to nawet dla osób zdrowych zawsze pewna niewiadoma – zdarzyć może się wszystko – czy stosujesz jakieś szczególne formy profilaktyki, np. poprzez informowanie organizatorów o chorobie?Nie mówię, że jestem cukrzykiem, jednak w przypadku maratonów czy półmaratonów zawsze konieczne jest wypełnienie ankiety, gdzie warto taką informację wpisać na wypadek jakiegoś nieprzewidzianego zdarzenia.

Bieganie wymaga nie tylko treningu, ale i odpowiedniej diety – czy dla osoby z cukrzycą jest to wyzwanie szczególne?
Wbrew pozorom równie ważne, jak dla ludzi zdrowych. W moim przypadku, tak jak i w przypadku każdego zdrowego, który biega, ważne są proporcje i zapas węglowodanów, potrzebnych, aby mieć energię i siłę do biegu, zatem pod tym względem bieg nas zrównuje. Spadki cukru we krwi mogą być przecież spowodowane tylko przez wysiłek i nie zawsze muszą mieć związek z chorobą – zatem i ci uczestnicy naszych biegów, którzy nie są diabetykami, muszą mieć je na uwadze. W moim przypadku dochodzi tylko niwelowanie wahań poprzez dawkowanie insuliny. Co więcej, aktywność fizyczna sprawia, że nie muszę trzymać się ściśle określonej, restrykcyjnej diety i pozwalam siebie chyba czasami na więcej niż ktoś, kto prowadzi mniej aktywny tryb życia. Jestem łasuchem i nie potrafię tego przezwyciężyć, a bieganie pomaga mi zapobiegać ewentualnym konsekwencjom. Oczywiście staram się unikać przetworzonych cukrów, pieczywa czy makaronów. Bazuję na żywności mało przetworzonej, pozbawionej konserwantów i chemii oraz na produktach świeżych. Nie zapominam przy tym o uzupełnianiu diety lekami i wskazaniach dotyczących dawkowania insuliny.

Późna jesień i zima to chwile odpoczynku czy jednak i na ten okres planujesz jakieś wyprawy?
To czas przerwy w startach, ale nie w treningach. To idealna pora na trenowanie kondycji, szczególnie jeśli tak jak ja, chce się już np. w kwietniu wziąć udział w kolejnym półmaratonie w Poznaniu. Jesień i zima to świetny czas na takie przygotowania – hartuję organizm, co jest potem na wagę złota, a jednocześnie nie męczę się tak, jak miałoby to miejsce np. w czasie letnich upałów.

W jakim biegu chciałbyś wziąć udział w przyszłości?
Chciałbym kiedyś spróbować swoich sił w odbywającym się corocznie w Alpach biegu Ultra Trail du Mont Blanc, którego trasa liczy 168 km lub też, w nieco krótszym, CCC Courmayeur-Champex-Chamonix. Na razie są to jedynie marzenia, ale może kiedyś uda mi się je zrealizować.

Rozmawiał: Marcin Pacho, dziennikarz magazynu internetowego Biblioteka Diabetyka, redaktor

Powyższa opinia jest prywatną opinią autora, spółka Abbott Laboratories Poland Sp. z o.o. nie odpowiada za jej prawdziwość, trafność ani rzetelność. Artykuł powstał na zlecenie firmy Abbott.

ADC/www/BDMG/12/2017

Nasza strona internetowa używa plików cookies (tzw. ciasteczka) w celach statystycznych, reklamowych oraz funkcjonalnych. Dzięki nim możemy indywidualnie dostosować stronę do twoich potrzeb. Każdy może zaakceptować pliki cookies albo ma możliwość wyłączenia ich w przeglądarce, dzięki czemu nie będą zbierane żadne informacje.