Jak Libre sprawdza się w podróży po Afryce

Artykuł promocyjny

Jak Libre sprawdza się w podróży po Afryce

Przełom lutego i marca zastał mnie w Senegalu. Odwiedziny w tym frankofońskim kraju były dla mnie nie tylko przygodą, ale i okazją do przetestowania w trudnych, afrykańskich warunkach systemu FreeStyle Libre. Skanowanie sensora na ramieniu wydawało się być znacznie lepszym pomysłem niż częste kłucie się w trudnych higienicznie warunkach. Czy tak było rzeczywiście, przeczytacie… 

Przedmundialowo po Senegalu

Gdy z początkiem grudnia 2017 roku wylosowane zostały drużyny piłkarskie, które na Mundialu w Rosji miały konkurować z Polską o wyjście z grupy, cały kraj odetchnął z ulgą. Kolumbia, Japonia i Senegal pozornie nie wydawały się być poważnymi przeciwnikami. Cóż, dziś już wiemy czym zakończyły się marzenia milionów kibiców futbolu…
Początek grudnia to dla mojej żony i dla mnie również czas planowania wakacji. Z reguły staramy się uciec od późnozimowej szarości, chłodu i pluchy w jakieś przyjemniejsze rejony świata. Senegal podczas planowania urlopu w 2018 roku pojawił się znienacka – nic właściwie o tym kraju nie wiedzieliśmy. Rzadko jest on celem indywidualnych wojaży, najczęściej odwiedzany jest w ramach wycieczek turystów wypoczywających w zorganizowany sposób w sąsiadującej z nim Gambii. A teraz wiedzieliśmy, że w czerwcu 2018 roku reprezentacja tego kraju ma być naszym przeciwnikiem w grupie! Może warto więc tam się wybrać i podejrzeć, jakie właściwie mamy szanse? W końcu, by móc pokonać przeciwnika, trzeba go najpierw dobrze poznać! I tak oto piłka nożna wpłynęła na nasze plany wakacyjne – na przełomie lutego i marca 2018 roku wybraliśmy się do Senegalu.

Ruszamy do Senegalu

Senegal to kraj w Afryce zachodniej położony nad Oceanem Atlantyckim. Jako dawna kolonia francuska pozostaje pod silnym wpływem tego europejskiego kraju: dominujący język, poza kilkoma lokalnymi, to francuski, na ulicach spotyka się głównie renaulty i peugeoty, w sklepach płaci się frankami (frank był również walutą Francji do wprowadzenia euro w 2002 roku), a na śniadania zajada się bagietki (pieczywo białe jak śnieg, więc dla cukrzyka to trudne doświadczenie – zwłaszcza, że często idzie w parze z pysznymi dżemami).
Ta część Senegalu, którą poznaliśmy, czyli pas wzdłuż wybrzeża od Gambii na południu do Mauretanii na północy, to piękne wybrzeże Atlantyku, to sawanna z gęsto rozsianymi baobabami, a także rozlewiska rzeczne z lasami namorzynowymi. To także duży ruch drogowy na trasie pomiędzy portem w Dakarze a Bamako, stolicą sąsiedniego Mali oraz duże, zatłoczone miasta. Mogliśmy się o tym przekonać, ponieważ podobnie jak podczas poprzednich podróży – do Sri Lanki i Republiki Południowej Afryki – zdecydowaliśmy się na podróżowanie wynajętym samochodem. Decyzja była słuszna, na cały wyjazd przeznaczyliśmy dwa tygodnie, a dzięki własnemu środkowi transportu udało nam się zobaczyć tyle, ile transportem publicznym przemierzylibyśmy w prawie miesiąc. 
Być może pomyślicie: „Wynajęcie samochodu i czarna Afryka?… To chyba nie do końca do siebie pasuje...”. I trochę racji mieć będziecie. Z jednej strony drogi są w stanie przyzwoitym i ruch jest dość bezpieczny. Trzeba oczywiście wejść w jego rytm i przyzwyczaić się do pewnego chaosu drogowego – droga dwupasmowa może mieć w rzeczywistości i pięć pasów, ponieważ i pięć samochodów, jadących mniej więcej w tym samym kierunku, jest w stanie zmieścić się na tych dwóch pasach. Najczęściej dzieje się tak w dużych miastach, gdzie dochodzi hałas, intensywny zapach spalin, pył, szalone skrzyżowania i, ponieważ to Afryka, upał dochodzący do czterdziestu stopni w cieniu (w słońcu do 55). Natomiast z drugiej strony, ponieważ to Afryka, nie wszystko to, co istnieje w internecie, występuje również w rzeczywistości. Przekonaliśmy się o tym, gdy samochód wynajęty w renomowanej amerykańskiej firmie nie czekał na nas tam, gdzie się go spodziewaliśmy, ponieważ tam, czyli w mieście Mbour, wypożyczalnia nie miała swojego oddziału. Skończyło się to zmianą wypożyczalni na bardzo lokalną i podróż 12-letnim powypadkowym renaultem zamiast roczną toyotą. I, co miało spore znaczenie, renault nie miał klimatyzacji…

W drogę

Naszym startem i metą było Mbour – mało atrakcyjne miasto nad Atlantykiem położone przy ruchliwej trasie. Ale za to położone blisko głównego senegalskiego portu lotniczego i, mimo wszystko, bardziej kameralne niż stolica, Dakar. Zwiedzanie Senegalu zaczęliśmy od Joal-Fadiouth – miasta złożonego z dwóch, z czego tak naprawdę jedynie Fadiouth jest godne uwagi. To niewielka miejscowość zupełnie pozbawiona ruchu samochodowego, ponieważ położona jest na wyspie połączonej z lądem jedynie mostami dla ruchu pieszego. Ale to nie jedyna cecha wyróżniająca Fadiouth – wyspa powstała głównie w wyniku gromadzenia się przez lata muszli, skutkiem czego są one wszechobecne, stanowiąc nawierzchnię tutejszych ulic. Ponadto Fadiouth i najbliższa okolica słyną z wyjątkowej tolerancji religijnej. Senegal to kraj głównie muzułmański, ale islam prezentuje tutaj swoją bardziej liberalną twarz – dodatkowo w Fadiouth tolerancja religijna pozwoliła na powstanie wyjątkowego cmentarza, muzułmańsko-chrześcijańskiego. Oczywiście zbudowanego głównie z muszelek. 

Z Fadiouth ruszyliśmy na północ, w kierunku miasta o dużym znaczeniu historycznym dla dzisiejszego Senegalu – Saint-Louis. W XIX wieku miasto to, położone u ujścia rzeki Senegal, na lądzie stałym, prostokątnej wyspie oraz półwyspie było stolicą francuskich terytoriów zależnych w Afryce Zachodniej. Ducha dawnego kolonializmu czuć tutaj także dzisiaj – zwłaszcza w wyjątkowej zabudowie wyspy, najstarszej części miasta. Piękne hotele, dawne sklepy czy szkoły tworzą wyjątkowy klimat, zachęcający do wielogodzinnych spacerów. A współczesnym dodatkiem są fantazyjnie zdobione łodzie tutejszych rybaków.

Po Saint-Louis przyszedł czas na stolicę kraju, Dakar. Zanim jednak dotarliśmy do tego tętniącego życiem miasta zajrzeliśmy jeszcze na pustynię Lompoul. „Pustynia” to jednak dość duże słowo jak na określenie tego skrawka piaszczystego lądu – nasza Pustynia Błędowska jest prawie dwukrotnie większa… Nie zmienia to faktu, że pomarańczowe wydmy robią wrażenie (zwłaszcza z białymi plamami mauretańskich namiotów), podobnie jak piaszczysta droga prowadząca na pustynię z pobliskiego miasteczka.

Dakar to, jak wspomniałem, tętniące życiem miasto. Trudno nazwać go „pięknym”, niemniej można tu znaleźć miejsca wyjątkowe – zarówno w samym mieście, jak i okolicach. Na pewno warto pojawić się nad Lac Retba, zwanym również Czerwonym Jeziorem. Ta druga nazwa nie wzięła się znikąd – jezioro, jeśli występują sprzyjające okoliczności, rzeczywiście ma kolor czerwony.

Kolor ten zawdzięcza słonolubnym algom Dunaliella salina. Jeszcze tylko odpowiedni kąt padania promieni słonecznych i trochę wiatru tworzącego fale i spektakularny efekt gotowy.

To nie jedyne, z czego słynie to jezioro – druga rzecz to ogromne wręcz zasolenie, dające pracę okolicznym mieszkańcom przy wydobyciu soli.

Kolejna, to fakt, że to nad tym jeziorem miał swoją metę jeden z najsłynniejszych (jeśli nie najsłynniejszy) rajd świata: Paryż–Dakar, kiedy jeszcze niedawno kończył się w Afryce (od kilku lat, pod nazwą Dakar, rajd organizowany jest na pustyniach Ameryki Południowej). O tym fakcie przypomina tablica ustawiona nad brzegiem jeziora, poświęcona pamięci założyciela rajdu, Thierry'ego Sabine.

W samym Dakarze godną poświęcenia jednego dnia jest wyspa Gorée. To kolejna, obok Joal- Fadiouth, urocza senegalska wysepka, wolna od ruchu samochodów. Chociaż uroczą możemy ją nazywać dopiero teraz, bo w XVIII wieku wyspa była ostatnim miejscem pobytu czarnych niewolników wysyłanych za Atlantyk. Dziś cała wyspa wpisana jest na Listę Światowego Dziedzictwa UNESCO, a dostać się na nią można promem z portu położonego w centrum Dakaru.

Warto się tu wybrać, nie tylko ze względu na liczne zabytki z czasów kolonialnych, ale również z uwagi na sztukę – wyspę na swój dom wybrało wielu senegalskich artystów. Nie wszystkie „dzieła” są godne uwagi – wiele z nich powstaje w licznych kopiach, z nastawieniem na szybką sprzedaż. Można jednak trafić na prawdziwe perełki, bo wśród tych artystów są osoby o uznanej twórczości.

Z Dakaru ruszyliśmy na południe, w stronę granicy z Gambią. O ile jazda wzdłuż wybrzeża naszym niesprawnym pojazdem (brak klimatyzacji!) była w miarę znośna (bryza wiejąca od oceanu zapewniała w miarę przyjemne 31–33 stopni), o tyle w miarę oddalania się od wody górę zaczynały brać gorące podmuchy z kierunku północno-wschodniego, czyli znad nie-aż-tak-odległej Sahary, a temperatura rosła w zastraszającym tempie – 20 kilometrów od wybrzeża przekraczała 40 stopni, a finalnie dobijała do aż 45. Jak łatwo się domyśleć, pod granicę gambijską dotarliśmy wykończeni...

Z wizytą u sąsiada

Do Gambii wybraliśmy się na jeden dzień, ledwie pobieżnie zapoznać się z tym krajem. Inna sprawa, że przy jego wymiarach i w dzień można zobaczyć wiele – wszak Gambia to najmniejszy kraj kontynentalnej Afryki szerokości jedynie 50 km i długości ok. 300 km. My za swój cel wybraliśmy miejscowość Bakau, a dokładnie położony w tym mieście Kachikally – ogród ze świętym stawem krokodyli.

Miejsce wyjątkowe, wzbudzające duży niepokój, pomimo tego, że jest naprawdę bezpieczne. Niepokój, ponieważ na tym niewielkim terenie zamieszkuje około 80 krokodyli, które częściowo przebywają w sadzawce zlokalizowanej centralnie w ogrodzie. Wiele jednak z tych osobników odpoczywa na lądzie – w krzewach przy ścieżkach przeznaczonych dla… gości ogrodu.  A ponieważ ścieżki są zacienione, bardzo łatwo nie zauważyć gada odpoczywającego w poprzek drogi.

Na szczęście w parku jest wielu strażników, którzy pilnują, by gości nie spotkało nic złego. Co ciekawe, niektórzy z nich posługują się językiem polskim – prawdopodobnie w związku z licznymi wycieczkami docierającymi tutaj z polskimi biurami podróży.

Kachikally było ostatnim punktem naszej wizyty w Senegalu i Gambii. Po powtórnym przekroczeniu granicy senegalskiej odebraliśmy samochód i ruszyliśmy w drogę powrotną, w kierunku Mbour i nowo otwartego międzynarodowego lotniska im. Blaise Diagne, kończąc naszą przygodę w gościnnej Afryce Zachodniej.

Batalia z chorobą

Senegal był dla mnie również testem nowego produktu. Firma Abbott wprowadziła do sprzedaży system FreeStyle Libre – wygodne urządzenie do bezinwazyjnego sprawdzania poziomu cukru w dowolnym momencie. Przed wyjazdem pomyślałem: „To może być coś dla mnie”. Podróżuję po krajach, gdzie higiena jest na niskim poziomie, co wymusza na mnie ponadnormatywne zabezpieczenia, takie jak szczepienie przeciwko tężcowi czy wirusowemu zapaleniu wątroby. Jak wiadomo, standardowa procedura sprawdzania poziomu cukru wymaga nakłucia opuszka palca i wprowadzenia kropli krwi na pasek testowy. To wymaga wysokiej higieny, a jak ją zapewnić, gdy do najbliższego ujęcia bieżącej wody jest kilka kilometrów? Gdy brak mydła? Gdy w porach opuszków kilkudniowy brud, bo na solidny prysznic trzeba jeszcze zaczekać? To wszystko spowodowało, że zdecydowałem się zainstalować na swoim ramieniu sensor, a do bagażu wrzucić współpracujący z nim czytnik. Sensor sprawdził się znakomicie, nawet w wysokich temperaturach pozostał przyklejony do ciała do ostatniego dnia podróży.

Moja podróż po Senegalu trwała dwa tygodnie – czyli dokładnie tyle, na ile instalowany jest sensor. Czytnik waży niecałe 70 gram, dzięki czemu, przy nieznacznych rozmiarach, jego wpływ na wielkość czy masę bagażu jest niezauważalny. Natomiast ciężko mi przecenić jego znaczenie w trakcie wyprawy. 
Jak wspomniałem, w Senegalu odczuwalny jest wpływ kuchni francuskiej w swoim najmniej zdrowym wydaniu. Dzięki nielimitowanej ilości sprawdzeń poziomu cukru mogłem niemal na bieżąco obserwować wpływ zjadanych posiłków na stan mojego organizmu i, w razie potrzeby, reagować (choruję na cukrzycę typu 2 i przyjmuję leki doustne). Senegalska kuchnia nie była mi wcześniej znana, a dzięki ciągłej analizie jej wpływu na moje zdrowie przez pierwsze kilka dni dość szybko nauczyłem się, czego unikać, a co jeść bez obaw. 
Podsumowując: polecam Senegal jako cel podróży. Szczególnie jeśli posługujecie się językiem francuskim i nie byliście jeszcze na kontynencie afrykańskim. Przyjaźni mieszkańcy, piękne widoki, a w kuchni znakomite ryby – to warto poznać. A jeśli chorujecie na cukrzycę – weźcie ze sobą Libre. Dodatkowy koszt na dwa tygodnie nie jest wysoki, a w podróży po egzotycznych krajach istotne znaczenie ma zabezpieczenie. Wydajemy pieniądze na solidne ubezpieczenie, na zestaw szczepień – warto dorzucić parę groszy na coś, co pozwoli nam uniknąć kłucia się kilka razy dziennie w wątpliwych warunkach higienicznych. A w efekcie, uniknąć zakażenia czy naprawdę groźnych chorób. Libre w moich podróżach będzie już stałym partnerem.

O autorze

Jestem fotografem oraz projektantem architektury i konstrukcji. W czasie wolnym od pracy trochę podróżuję. Dotychczas udało mi się przemierzyć kilkanaście krajów europejskich, północne Indie, Mongolię, Nepal, Etiopię. Najważniejszym krajem, do którego wracam wielokrotnie w każdej wolnej chwili, pozostaje od lat Rumunia – przez dwa lata organizowałem rajdy samochodów terenowych w tym kraju, dla dodatku „Turystyka” do „Gazety Wyborczej” napisałem również artykuł o tamtejszej Bukowinie. W 2005 roku poznałem Gruzję i Armenię, co poskutkowało wydaniem w wydawnictwie „Bezdroża” przewodnika po tych dwóch krajach. W latach 2006–2008 związałem się zawodowo z Irlandią, dzięki czemu dokładnie zwiedziłem tę zieloną i niebywale gościnną wyspę. Po powrocie współorganizowałem Festiwal Kultury Irlandzkiej w Bielsku-Białej. W 2011 roku odkryłem uroki podróżowania rowerem na dłuższych niż weekendowe, dystansach – przejechałem z Konstancy w Rumunii do Sofii w Bułgarii. Rok później wybrałem się w trasę na pograniczu serbsko-rumuńskim. Od jakiegoś czasu moje myśli zaprząta Afryka – najpierw wraz ze świeżo poślubioną małżonką odwiedziłem Etiopię, a na przełomie stycznia i lutego 2015 roku przejechałem przez Republikę Południowej Afryki. Od tamtego czasu wróciłem jeszcze raz do Azji, gdzie w 2017 roku wynajętym samochodem przejechaliśmy Sri Lankę, a rok później, w 2018 roku, odwiedziliśmy razem afrykański Senegal – o której to podróży przeczytaliście powyżej.

Więcej o mnie na stronie: www.krzysztof-kaminski.com
Wszystkie zdjęcia: autor (z wyjątkiem zdjęć autora: Dagmara Kwiatek)

Powyższa opinia na temat systemu FreeStyle Libre jest prywatną opinią autorów, spółka Abbott Laboratories Poland Sp. z o.o. nie odpowiada za jej prawdziwość, trafność ani rzetelność. Artykuł powstał na zlecenie firmy Abbott.

ADC/FSL/JLSSWPPA/10/2018

 

UDOSTĘPNIJ POPRZEZ:  
Polityka dotycząca plików cookie. Ten komunikat zobaczysz tylko raz.

Pliki cookie stosujemy, aby zapewnić jak najlepsze działanie naszego serwisu. Korzystanie z tej strony bez zmiany ustawień przeglądarki oznacza zgodę na otrzymywanie plików cookie. Ustawienia obsługi plików cookie możesz zmienić w dowolnym czasie. Dowiedz się więcej